sobota, 2 czerwca 2012

O angielskiej żonie pewnego wielkiego polskiego pisarza


Wiadomo, artyści mają skomplikowane charaktery i są trudni w bliższym pożyciu. Niewątpliwie do takich należał Józef Conrad, odważny żeglarz, gnany po świecie żądzą przygody, a zarazem znany pisarz. Autor wielu świetnych powieści, spośród których najbardziej znane to Lord Jim i Smuga Cienia.  Chcę się przyjrzeć żonie pisarza, Jessie Conrad. Kim była ta Angielka, osoba potrafiąca się dopasować do osobowości wielkiego pisarza?

Jessie George była młodą dziewczyną pochodzącą ze skromnej angielskiej rodziny. Podbiła serce Józefa Conrada swoim entuzjazmem do morza. Zwrócił na nią uwagę podczas wycieczek po Tamizie jachtem ze znajomymi. Conrad miał już prawie 40 lat, znużony żeglowaniem po licznych morzach i oceanach. Ponadto czuł się samotny w Londynie. To wszystko spowodowało, że szybko podjął decyzję małżeństwa.

„Pamiętam – wspomina Jessie w swoim pamiętniku opublikowanym w 1935 roku – spotkaliśmy się wtedy na dworcu Victoria. Ze sposobu, w jaki przywitał się ze mną, poznałam od razu, że opanowało go jakieś niezwykłe podniecenie. Przede wszystkim nie podobał mu się mój kapelusz, mój strój i cały mój wygląd. Dlaczego jestem ubrana tak bezbarwnie? Zaczęłam już żałować, że przyjęłam rano jego zaproszenie. Jak gdyby czytając w mych myślach, zaśmiał się krótko, wziął mnie mocno pod rękę i pociągnął na brzeg chodnika, a potem skinąwszy na przejeżdżającą dorożkę wsadził mnie pospiesznie do środka i wskoczył za mną. Gdy usiedliśmy, spojrzałam mu w twarz. Byłam zaskoczona malującym się na niej wyrazem posępnej determinacji.”

Następnie Jessie opisuje, co wydarzyło się w galerii malarstwa, dokąd podjechali: „Przeprowadził mnie przez wiele sal, nie pozostawiając ani chwili czasu, aby choć przelotnie rzucić okiem na obrazy. Nagle skierował mnie w stronę ławeczki, obejrzał się, czy nie ma w pobliżu nas nikogo i bez żadnego wstępu zaczął:
- Proszę, niech pani spojrzy na mnie, moja miła, czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy się pobrali i zostawili to wszystko. Proszę spojrzeć tylko, co za pogoda, pobierzmy się zaraz i wyjedźmy do Francji. Jak szybko może pani być gotowa? Za tydzień, dwa?”


Po sześciu tygodniach Jessie George w marcu 1896 roku poślubiła starszego od niej o siedemnaście lat kapitana Józefa Conrada. Szczęśliwe małżeństwo Conradów trwało 28 lat, chociaż nie brakowało dni ciężkich dla obojga małżonków. Józef Conrad miewał nawroty malarii, jakiej się nabawił we wczesnej młodości podczas swoich podróży zamorskich, cierpiał też na ataki podagry (dny moczanowej).

Jessie była wtedy niczym anioł opiekuńczy, opiekujący się swoim rozkapryszonym i wymagającym mężem. Była wyrozumiała i cierpliwa. Jej postawa była tym godniejsza uznania, że sama nie była okazem zdrowia i tężyzny fizycznej. We wczesnej młodości uległa wypadkowi – została przejechana przez dorożkę i doznała złamania kości w kolanie. Później w czasie małżeństwa upadła na ulicy tak niefortunnie, że rana odnowiła się. Od tego wypadku Jessie co jakiś czas musiała się poddawać bolesnym operacjom, z których żadna nie przywróciła jej już władzy w uszkodzonym kolanie. Z tego powodu często musiała używać kul lub laski.

Wspólny przyjaciel Conradów, Józef Retinger, w swoich wspomnieniach charakteryzuje Jessie jako osobę promieniującą niezwykłym czarem i wdziękiem. „Nie była intelektualistką – pisze – lecz posiadała zrównoważoną postawę umysłu. Zachowanie jej było opanowane i nacechowane spokojem, a dobry humor nigdy jej nie opuszczał… Dla Conrada była ona żoną, matką i opiekunką, poza tym, że była jego sekretarką i pomocnicą w pracy. Pielęgnowała go z całym oddaniem w czasie częstych okresów choroby, której padał ofiarą. Traktowała go jak najdroższą sobie istotę, nieco dziwną, którą należało otoczyć opieką. Było to najwyższym szczęściem dla Conrada, ponieważ będąc człowiekiem o bardzo nerwowym temperamencie, skłonności do irytacji i bez zmysłu praktycznego, nigdy by nie zdołal stworzyć dzieła, które stworzył, gdyby nie pełna oddania współpraca jego żony.”


A tak charakteryzuje jej wygląd zewnętrzny goszcząca w mieszkaniu Conradów dziennikarka Jane Anderson:
”Przy niewielkiej otomanie stała kobieta, o której mi wszyscy opowiadali, gruba kobieta o prześlicznych szarych oczach i szybkim dobrotliwym uśmiechu. Podeszła nam z wolna na spotkanie, opierając się na lasce. Czarna suknia była niewątpliwie zagranicznego kroju i materiału; na każdej kiści miała po sześć złotych bransoletek (…). Nie wiem, co powiedziała, ale spojrzałam na nią, ona spojrzała na mnie – i od razu ją polubiłam. A nie jestem skłonna w jednej chwili kogoś od razu obdarzyć uczuciem.” Z oceny dziennikarki można wydobyć jeden niechybny walor wyglądu zewnętrznego pani Conradowej – piękne oczy i wdzięk. Zresztą wcześniej te same cechy podkreślał Retinger.

Conrad był niezaradny, niecierpliwy, potrafił być szorstki, ale jego żony nie wyprowadzało to z równowagi. Przeciwnie, te cechy męża raczej ją wzruszały, tym bardziej czuła się potrzebna. „W czasie naszego małżeństwa – pisze Jessie – nauczyłam się cenić ponad wszystko urok osobisty mego męża, podziwiać jego geniusz i być wyrozumiałą dla jego nerwowych przewrażliwień. Być może, gdybym nie była zdolna należycie zrozumieć tego cudzoziemca, nigdy nie moglibyśmy żyć wspólnie w tak idealnej harmonii.”

Ta angielska żona ułatwiła wielkiemu pisarzowi wrośnięcie w obcą ziemię, a swoją łagodnością i pogodnym usposobieniem potrafiła przytłumić i wyciszyć nawroty jego silnej tęsknoty za krajem i za morzem.



Conrad swoje żeglarskie przygody miał już dawno poza sobą, dlatego małżonkowie, poza dwiema krótkimi rozłąkami, na dwa tygodnie w roku 1916 i sześć tygodni w roku 1923, prawie nigdy się nie rozstawali. Jessie była dobrą, kochającą żoną i matką – mieli syna Borysa. Sam Conrad cenił Jessie bardzo wysoko i nawet po 27 latach małżeństwa w liście do żony pisał, iż w jego sercu mieszka na zawsze jej drogi obraz, pochłaniający wszystkie jego myśli i jego miłość.

Wielu z nas ma trudne charaktery; mówimy – takie są czasy. Szybkie życie, w którym musimy podejmować szybkie decyzje, przyczynia się do pogłębiania naszych stresów. Zgodnie z rozsądkiem nie pozostaje nam zatem nic innego, jak praca nad własnym charakterem a zarazem praca nad związkiem, w którym pozostajemy. Tylko w taki sposób uzyskamy maksymalną satysfakcję z wspólnego życia małżeńskiego.




piątek, 1 czerwca 2012

W DZIEŃ DZIECKA – O DZIECIACH GŁODUJĄCYCH

W Dniu Dziecka obdarzamy nasze pociechy prezentami, wyrażając tak naszą miłość względem nich. Niestety, są dzieci, które w tym dniu nie otrzymują niczego. Dosłownie – niczego, nie tylko żadnych upominków, ale często nawet skromnej porcji posiłku.

Chcę opisać dwie sytuacje głodujących dzieci, by uwrażliwić wszystkich na te skrajne przypadki niesprawiedliwości społecznej, których ofiarą padają najmłodsi. Głód w Afryce czy Ameryce Południowej jest niestety wciąż zjawiskiem powszechnym.

OCZY  EKWADORSKIEGO  DZIECKA

Pierwszy wypadek opisuje ks. Andrzej Betleja, który od 27 lat pracuje w Ekwadorze. Oto jego relacja:

Pewnego dnia podczas przerwy między lekcjami, a było już ok. godz. 15, podeszła do mnie dziewczynka o imieniu Luz i powiedziała, że jest głodna. Zapytałem, dlaczego mama wysłała ją do szkoły bez drugiego śniadania? (Byłem trochę zdziwiony, gdyż w Ekwadorze też jest zwyczaj, że dzieci, idąc do szkoły, zabierają ze sobą coś do zjedzenia, przynajmniej jakiś owoc. A w wielu szkołach – najczęściej misyjnych – dzieci otrzymują drugie śniadanie).

Odpowiedziała mi, że jak wstała, to mamy już nie było w domu, bo poszła do pracy o godz. 6.00. Wraz ze starszym bratem wyszli razem do szkoły bez posiłku.

Poprosiła mnie o jedzenie, używając słów, które pamiętam do dziś: "Ojcze, jestem głodna. Proszę dać mi jeść." Zabrałem ją do takiej rodziny, gdzie od czasu do czasu się stołowałem. Pamiętam, jak usiadła przy stoliczku, a pani podała jej trochę ryżu i dwa ugotowane jajka. Bardzo się ucieszyła, zjadła z apetytem, a ja już wiedziałem, że będzie to jedyny posiłek, jaki otrzyma tego dnia... W jej oczach widziałem dziecięcą radość, która udzieliła się gospodyni i nie ukrywam, że także i mnie.


NAJPIERW  UPENDO

O. Giuseppe Inverardi, misjonarz pracujący w Tanzanii, opowiada, iż przez pewien czas panowała taka ogromna susza, iż doświadczeni głodem zarówno dorośli, jak i dzieci, zmuszeni byli żywić się ziołami i korzonkami roślin, by przeżyć. W Heka, gdzie pracował, misjonarze zorganizowali pomoc w postaci kukurydzy, którą rozdawali osobom starszym i wielodzietnym rodzinom, ale była to przysłowiowa kropla w morzu.

Pewnego dnia – opowiada o. Giuseppe Inverardi – na katechezę przywiozłem dzieciom ciastka i zacząłem je rozdawać, żartując, że z pewnością nie wystarczy dla wszystkich. Podszedłem do pewnej dziewczynki i zachęcającym gestem wskazałem na ciasteczka, a ona odpowiedziała: – "Najpierw Upendo."
– "Dlaczego Upendo?" – zapytałem zdziwiony. – "Nie widzisz, jaka jest chuda? Jest biedniejsza ode mnie". – "Gdzie jest Upendo?".  Huruma wstała i zaprowadziła mnie do koleżanki. Wzięła swoją porcję ciastek, wręczyła Upendo, przytuliła ją i pobiegła z powrotem na swoje miejsce.

Kontynuowałem rozdawanie ciastek, a kiedy wróciłem do Hurumy, powiedziałem: – "Nie zostało już nic dla ciebie". – "Nieważne" – odrzekła. – Już zjadłam ciastka". – "Jak to? Kiedy je zjadłaś?" – "Upendo zjadła także za mnie" – odpowiedziała stanowczym głosem dziewczynka.

Udawałem przez chwilę, że szukam kolejnej paczki ciastek. Po chwili "znalazłem" i wręczyłem je dziewczynce.  Spojrzała na mnie wzrokiem tak przenikliwym, jakbym uczynił cud. Jej oczy były jak strzały, które przeszywają na wskroś i równocześnie jak dwa mieniące się diamenty. Wszystkie dzieci, które wcześniej hałasowały, teraz patrzyły na dziewczynkę w ciszy. Wzruszyłem się, a ona szeptem wypowiedziała: Asante sana! (Bardzo dziękuje!)

– "Jak masz na imię?" – zapytałem. – "Huruma". Huruma znaczy miłosierdzie. Dziewczynka nie wiedziała, że jej gest wyrażał znaczenie imienia, jakie nosiła. Okazała gest miłosierdzia wobec koleżanki, którą uważała za bardziej potrzebującą od siebie. Nie ofiarowała wychudzonej Upendo tylko ciastek, ale współczucie i miłość. Wypowiedziane przez nią asante sana jeszcze dziś rozbrzmiewa echem w moich uszach – zakończył swoją opowieść misjonarz.

wtorek, 22 maja 2012

Świat dziecka przed urodzeniem


NIEZAPISANA TABLICA

Ludzie nauki od dawna zastanawiają się, jak dziewięć miesięcy przed narodzinami wpływa na resztę naszego życia? Wiadomo, że większość rzeczy, których kobieta doświadcza podczas ciąży – jedzenie i picie, które spożywa, emocje, które odczuwa, toksyny, na które jest wystawiona – wszystkie te doświadczenia dzieli w jakiś sposób z nienarodzonym dzieckiem.

Przez wiele lat nowo narodzone dzieci spostrzegano jako czystą, niezapisaną tablicę. Jeżeli u noworodków wykrywano jakieś umiejetności, to uznawano je za „wrodzone”. Obecnie przypuszcza się, że część tych rzeczy dziecko uczy się przed narodzinami, czyli w fazie prenatalnej. Dziś można badać fazę prenatalną dzięki rozwojowi nowoczesnych technik nieinwazyjnych podglądania  nienarodzonych dzieci, np. USG 4D. Takie badania pokazują różnorodność reakcji dzieci nienarodzonych – potrafią one np. świadomie się uśmiechać, bawić się, uczyć poprzez dotyk, powonienie, smak i słuch.


NAUKA JĘZYKA

Nienarodzone dzieci zaczynają słyszeć już w 14. tygodniu ciąży, po 24. tygodniu reagują ruchem, gdy słyszą gwałtowne dźwięki, np. trzaskanie drzwiami. I tak np. dzieci, słuchając w łonie matki charakterystycznej intonacji jej głosu, uczą się ojczystego języka. Oczywiście nie są w stanie rozróżnić poszczególnych słów, ale rozróżniają dźwięki mowy, uczą się fonetyki unikatowej dla danego języka. Natomiast dzieci dwujęzyczne przyswajają w ciąży brzmienie obu języków, które słyszą. W przeprowadzonych ostatnio badaniach w University of British Columbia w Vancouver porównano dwie grupy noworodków: urodzonych przez anglojęzyczne mamy i przez kobiety dwujęzyczne, które w ciąży posługiwały się i angielskim, i używanym na Filipinach językiem tagalog.

Noworodkom puszczono 10-minutową taśmę, na której mówiono na przemian po angielsku i filipińsku. Zmiany aktywności mózgu badano za pomocą spektroskopii bliskiej podczerwieni – dzieci z rodzin jednojęzycznych reagowały, słysząc angielski, zaś dzieci matek dwujęzycznych wykazywały zwiększoną aktywność mózgu w przypadku obu języków.


EFEKT MOZARTA

Nienarodzone dzieci zaczynają reagować na dźwięki w 16. tygodniu ciąży, choć ucho nie jest jeszcze w pełni rozwinięte. Nienarodzone dzieci zapamiętują często nucone lub puszczane w ciąży melodie, dlatego po urodzeniu uspokajają się, słysząc je. Stąd wziął się mit, zwany efektem Mozarta, że muzyka klasyczna uspokaja i rozwija zdolności intelektualne dziecka. Nie ma badań, które by potwierdzały, że właśnie muzyka klasyczna rozwija. Okazuje się, iż puszczany dzieciom przed urodzeniem dowolny rodzaj muzyki może być później przez nie rozpoznawany i może kształtować ich preferencje muzyczne.

Wpływ muzyki na dzieci nie budzi wątpliwości. Muzyka spokojna, chociaż niekoniecznie klasyczna, działa na maluchy przeciwlękowo i kojąca, natomiast szybka, rytmiczna muzyka działa pobudzająco, aktywizująco.


WYUCZONA DEPRESJA

Również stany emocjonalne matki wywierają długotrwały wpływ na nienarodzone dziecko. Trwająca długi czas depresja kobiety w ciąży może sprawić, że również i dziecko będzie na nią narażone. Pokazały to wykonane w 2003 roku badania zespołu Debry Bendell z UCLA School of Medicine w Los Angeles. Zespól przebadał dwie grupy kobiet: wykazujących objawy depresji (zły nastrój, zmęczenie, apatia) w drugim trymestrze ciąży i niewykazujących takich symptomów. Matki z grupy „depresyjnej” miały wyższy poziom hormonu stresu – kortyzolu – oraz niższe poziomy dopaminy i serotoniny – hormonu szczęścia. Ich zbadane po urodzeniu dzieci dziedziczyły skłonność matek do depresji – rodziły się z podobnie podwyższonym poziomem kortyzolu i niskimi poziomami dopaminy i serotoniny. Dzieci te były też mniej aktywne ruchowo i gorzej orientowały się w przestrzeni niż ich rówieśnicy.
Wniosek nasuwa się sam – drogie przyszłe mamy, w czasie ciąży unikajcie sytuacji stresowych, starajcie się prowadzić zdrowy tryb życia i korzystajcie z nadarzającego się odpoczynku.






czwartek, 26 kwietnia 2012

Egoizm przezwyciężony


Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, jak się potocznie sądzi, lecz egoizm. Egoista to taki człowiek, który w konflikcie interesów raczej wybierze swój interes i swoje dobro, aniżeli uwzględni interes czy dobro cudze. Pilnuje bacznie swych interesów. Potrafi zachować się nawet serdecznie i życzliwie, mając jednak na uwadze tylko własny interes.

Przeciwieństwem egoizmu, czyli uznania swego interesu i swoich spraw za ważniejsze niż interesy i sprawy innych ludzi, jest traktowanie innych ludzi i ich spraw na równi z własnymi. Jest przekonanie, że dla własnej korzyści czyichś praw nie wolno podeptać, że nie wolno kogoś zepchnąć z drogi, ażeby samemu iść wygodniej. Jest to wreszcie umiejętność zobaczenia w każdym człowieku partnera o równych prawach.

Zabieganie o swoje sprawy – jeżeli nie odbywa się to kosztem innych ludzi – nie jest egoizmem, choć czasem mylnie też tak jest oceniane.

Egoizm jest zahamowaną zdolnością do identyfikacji z drugim człowiekiem, do uznania w nim równorzędnego partnera. Człowiek może identyfikować się ze spotkanymi ludźmi, współodczuwać z nimi, przeżywać niektóre wydarzenia z ich życia z nimi razem. Z im większym kręgiem ludzi ma człowiek potencjalną zdolność do identyfikacji, tym łatwiej mu wyjść z ciasnego kręgu myślenia tylko o własnych interesach, z kręgu własnego egoizmu.

Postawa egoistyczna niekoniecznie polega na przecenianiu tylko interesów własnej osoby. Można w sposób egoistyczny kochać własną rodzinę czy grupę, do której się należy, uważając jej interesy zawsze za ważniejsze, zawsze godne tego, by lekceważyć interesy cudze.



Autentyczne wyjście z egoizmu jest zdolnością do uznania wszystkich ludzi za równorzędnych partnerów, uznaniem, że niczyich podstawowych praw nie wolno podeptać. Poszanowanie osoby ludzkiej przejawia się w poszanowaniu zasady: Poszczególni ludzie powinni uważać swojego bliźniego bez żadnego wyjątku za „drugiego samego siebie”.

Stopnie egoizmu mogą być różne. Skala tu jest ogromna. Postawa egoistyczna może ujawniać się w jednych sytuacjach, a w innych nie dochodzić do głosu. Może ktoś być egoistą na terenie rodziny, a znakomitym kolegą w miejscu pracy. Nieraz opinie o danej osobie są krańcowo różne w różnych środowiskach.

Egoizm w pewnym sensie popłaca. Człowiek łatwiej osiąga swoje cele, gdy nie liczy się z innymi ludźmi. Niemniej świat, w którym każdy dbałby tylko o własny interes, przyjaźnił się tylko interesownie, byłby najsmutniejszy ze światów.

Szczęście jest czymś daleko bardziej skomplikowanym, niż prostym zaspokajaniem dążeń i pragnień. Człowiek nie jest istotą niezależną  i samowystarczalną. Nie może rozwijać się prawidłowo bez oparcia o innych ludzi. „Człowiek jest istotą, która nieskończenie siebie przerasta” (Pascal). Właśnie w tym przekraczeniu swoich granic, w których chciałby go zamknąć krótkowzroczny egoizm, w wyjściu naprzeciw drugiego człowieka, odnajduje samego siebie. Egoista natomiast to człowiek o zubożałej zdolności przeżywania szczęścia.

Zwykło się nie wierzyć w ludzką bezinteresowność, uważać, że podobnie jak egoizm bywa kamuflowany życzliwością, tak i postępki bezinteresowne mają interesowną, ukrytą motywację. Dla kogoś, kto nie potrafi być bezinteresowny, jest ona czymś niezrozumiałym i nie do przyjęcia.



Roztropne wychowanie dziecka chroni lub uwalnia od egoizmu i pychy i dążeń do upodobania w sobie; zapewnia wolność i prowadzi do pokoju serca.

Prawdziwa życzliwość, bezinteresowność są wolne od prymitywnych uwarunkowań. Kryje się w nich twórcza siła, jak siła życia ukryta w ziarnie. Towarzyszy im radość, poczucie wolności. W zetknięciu z drugim człowiekiem przywracają mu wartość, pomagają odnaleźć samego siebie.

Esencją bytu ludzkiego jest być z innymi, rozwijać się wraz z nimi, być świadomym zależności, którą dzielimy ze wszystkimi ludźmi, kochać ich, troszczyć się o nich i być wrażliwym na ich sprawy.

W tekście posłużyłem się przemyśleniami Jadwigi Cierniak z książki: Człowiek sprzymierzeńcem czy wrogiem.

środa, 4 kwietnia 2012

Jak pocieszać osobę cierpiącą na depresję?

Chcę poniżej spróbować udzielić odpowiedzi na trudne pytanie, w jaki sposób pocieszyć osobę, będącą w stanie depresji.

TALENT  POCIESZANIA

Zdolność pocieszania bywa uważana za swoisty talent – niektórzy ludzie go posiadają, inni są go pozbawieni. Tajemnicą daru pocieszania jest autentyczna troska o drugiego człowieka, dostrzeganie jego potrzeb. Gdy jesteśmy przyzwyczajeni zwracać uwagę na potrzeby innych, zastanawiać się, co mogą czuć i myśleć, łatwiej spostrzegamy, co komuś sprawia ból, a co przynosi ukojenie w cierpieniu. Dostrzegając innych zdajemy sobie sprawę, że cierpienie cierpieniu nie jest równe i słowa pociechy też są różne.

Pocieszanie nie polega na tym, by przekonać, że nie ma powodu do zmartwień, na łagodzeniu bólu optymistyczną iluzją. Słowa wprowadzające jasność tam, gdzie panuje mrok smutku i depresji, otuchę tam, gdzie jest niewiara w przyszłość, muszą mieć realne pokrycie, by ich uzdrawiająca siła nie wyczerpała się zbyt szybko.


DWA  ODMIENNE  PRZYPADKI

Inne słowa pociechy musimy kierować do tego, kto nieszczęście swe wyolbrzymia, a inne do tego, kto swoje nieszczęście bagatelizuje. Słabością pierwszego jest nadmierne skupienie uwagi na sobie, słabością drugiego – niedocenianie ważności swoich spraw i swojej osoby, nieumiejętność obrony. Czasem ktoś, kto zbyt długo przebywał w niekorzystnej sytuacji, może utracić zdolność obrony.

W pierwszym wypadku jest potrzebna bardziej obiektywna ocena sytuacji, w wyniku czego zmniejszy się ciężar cierpienia. W drugim przypadku trzeba stanąć w obronie tego, kto już bronić się nie potrafi. Później dopiero, kiedy znajdzie się w korzystniejszej sytuacji, można mu dopomóc, żeby w przyszłości bronił się lepiej.

SŁOWO  "SYMPATIA"

Słowo greckie „sympatia” wywodzi się z greckiego syn – razem oraz pathein – cierpieć, odczuwać.Współodczuwanie i współcierpienie jest punktem wyjścia każdej niesionej pomocy – ale tylko punktem wyjścia. Rannemu pomagamy opatrując jego ranę, a nie cierpiąc razem z nim.

Pamiętajmy, że pocieszając, staramy się przede wszystkim pomóc w zapanowaniu nad cierpieniem.


NIE  POCIESZAĆ  „Z  GÓRY”

Człowiek sukcesu, zdrowy, doznający powodzenia ma mocniejszą pozycję od człowieka chorego, którego dotknęło nieszczęście. Człowiek współczujący drugiemu, choćby jego nieszczęście mocno odczuwał, zawsze jest w lepszej sytuacji od chorego. Ktoś może się bardzo przejmować chorobą bliskiej mu osoby, jednak nie jest przez chorobę unieruchomiony. Może lepiej niż człowiek cierpiący zapanować nad sytuacją.

O kimś, kto choruje, mówimy czasem, że znalazł się „na dnie”. Jeżeli osoba pociesza niejako „z góry” czując się jakby powyżej tego, kto doświadcza cierpienia, jedynie ból nasila. Skutecznie pociesza ten, kto nie tylko nie da tego odczuć, ale głównie nie będzie sam uważać, że znajduje się w lepszej, wyższej pozycji niż osoba cierpiąca.




NAJWAŻNIEJSZE – SERDECZNOŚĆ  I  ŻYCZLIWOŚĆ

Nie ma takiego cierpienia, wobec którego człowiek byłby zupełnie bezradny. Jeżeli nie jesteśmy w stanie samego nieszczęścia zmniejszyć lub mu zapobiec, zawsze możemy osłabić jego negatywne działanie. Wystarczy okazać serdeczność i życzliwość. Każdy najdrobniejszy odruch prawdziwej życzliwości przynosi ulgę. Każde słowo pociechy pomaga, w myśl zasady: A word can make or break a man – Słowo może stworzyć człowieka albo go złamać.

Ciężkie do zniesienia jest bowiem nie tyle cierpienie, ile brak poczucia jego sensu.

Cierpienie może obdarzyć człowieka chorego przenikliwością widzenia, jaką nie rozporządzamy na co dzień. Daje możliwość zobaczenia wielu spraw w pełniejszym świetle.

Najskuteczniej pociesza człowiek, który dostrzega wartość życia niezależnie od cierpień, jakie ze sobą ono niesie.


POCIESZANIE  OSOBY  W  STANIE  DEPRESJI

W stanach depresji świadomość chorego niemal obsesyjnie skupia się na cierpieniu i nie może się z nim uporać. Słowa użalania się nad cierpiącym nie przynoszą mu ulgi. Pociechy nie przynosi również rozmowa skupiona wokół dręczącego tematu. Człowiek w depresji snuje ponure rozważania na temat świata i ludzi lub własnego życia i podejmowanie z nim dyskusji jest bezowocne. Próba przekonywania, że życie nie jest takie złe ani sytuacja nie jest aż tak beznadziejna, jedynie utwierdza go w pesymiźmie. Odpowiadając na argumenty rozmówcy, chory jeszcze bardziej umacnia się w swojej argumentacji.

Rodzi się zatem pytanie, czy osobę w depresji można w jakikolwiek skuteczny sposób pocieszyć? Jak wiadomo, w depresji świadomość chorego skupia się na dręczących ją problemach. Otóż przede wszystkim należy odwrócić uwagę, skierować ją na inne sprawy. Należy odwołać się do najbardziej żywotnych zainteresowań.

Przy udzieleniu milczącego zrozumienia – w żadnym bowiem wypadku nie można zbagatelizować stanu depresji – trzeba zarazem uaktywnić te warstwy psychiki, które pod naporem cierpienia zdają się w człowieku zamierać.

ZAWSZE  –  DOBRE  SŁOWO

Słowo nie tylko informuje, ale i oddziałuje. Słowa dodające otuchy, odwołujące się do dodatnich cech działają mobilizująco. Mogą wyzwolić dodatnie możliwości.

Dobre, optymistyczne słowo budzi zespół skojarzeń z tym wszystkim, co pozytywne, zwiększa odporność, dodaje nadziei, a zatem i siły przetrwania w chorobie.

Podobnie złe słowo, choćby powiedziane bez zastanowienia, w gniewie, boli, mimo że słuchający zdaje sobie sprawę, że osoba mówiąca je naprawdę tak nie myśli.

Słowa mobilizujące dodatnio mogą odwoływać się nie tyle do aktualnych wartości, ile do potencjalnych, do możliwości ukrytych w danym człowieku.
„Wiem, że potrafisz to zrobić” – przekazują wiarę komuś, kto być może jest zbyt mało pewny siebie i brak wiary utrudnia jego działanie.

Za słowami stoi mówiący je człowiek, siła jego przekonania, to co przeżył i to, co przemyślał.



A word can make or break a man.

Nigdy nie należy rezygnować z dobrego słowa, niosącego choremu pociechę.

środa, 7 marca 2012

Dramatyczna sytuacja kobiet w Indiach

W Dniu Kobiet chcę ukazać  dramatyczną sytuację kobiet hinduskich. Trzeba napisać, iż kultura i tradycje hinduskie są niesprzyjające dla kobiet. Poniżej zamieszczam tekst Marii Teresy Rinaldi z „Echa z Afryki”, która pisząc o kobiecie w Indiach ukazuje okrutną rzeczywistość, polegającą na kreowaniu absurdalnej mentalności, która nie sprzyja kobiecie.


KOBIETY  NIE  OTRZYMUJĄ  SPADKU

Od niepamiętnych czasów tradycja hinduska wymaga, aby córki otrzymywały posag. W ten sposób idzie o wynagrodzenie faktu, że po śmierci ojca nie ma prawa do dziedziczenia. Podczas gdy kobiety należące do kasty średniej i wyższej mogą otrzymać posag bez większych problemów, te z niższych kast zmuszają swoje rodziny do podjęcia ogromnych wysiłków finansowych, ryzykując często niewypłacalne zadłużenia. Ojciec, który przestanie spłacać „dług” za córkę, naraża ją na okrucieństwo i nierzadko na śmierć ze strony teściów. Szacuje się, że każdego dnia duża liczba kobiet ginie w tzw. wypadkach domowych i stróże prawa nie mogą interweniować na korzyść tych biednych ofiar.

Z tego powodu tysiące płodów płci żeńskiej zabija się w łonie matek oraz tysiące dziewczynek poniżej 15 roku życia są pozostawiane przez matki na ulicy (matki zmusza do tego istniejąca sytuacja społeczna w Indiach), która nie gwarantuje im ani życia, ani godności.


OCHRONA  ŻYCIA  DZIEWCZYNEK

Wrażliwy na ten problem Kościół katolicki próbował włączyć społeczność w realizację projektu mającego na celu ochronę życia nienarodzonych dziewczynek. W Kerala powstały stowarzyszenia przyjmujące matki, które zdecydowały się nie zabijać własnych córek i nie opuszczać ich po narodzeniu.
 Niestety owoce tej akcji są znikome i niewiele kobiet przyjęło to przesłanie. Konsekwencje takiego stanu rzeczy są ewidentne: liczba kobiet w Indiach jest niższa od liczby mężczyzn, co stanowi duży problem.


NAJCIĘŻSZA  PRACA

To hinduskie kobiety podejmują najcięższą pracę fizyczną, na polach uprawnych, bez odpoczynku, na prażącym słońcu, w deszczu. Wszystkie prace w 90 % wykonują ręcznie, a nie przy pomocy maszyn. Wynagrodzenie, jakie kobiety otrzymują, jest trzykrotnie niższe za tę samą pracę od wynagrodzenia mężczyzny.

Pomimo wielu sławnych żeńskich nazwisk w hinduskim życiu publicznym i ekonomicznym, wyłaniających się w wielu sektorach: od przemysłu do kina, od polityki do literatury, Indie poza kurtyną tej pozornej otwartości i emancypacji są krajem negatywnie ustosunkowanym do kobiet. W każdym razie małżeństwo jest ich przeznaczeniem. Poprzez małżeństwo stają się „własnością męża” i bardzo często, mimo że ciężko pracują w domu, zajmują się dziećmi i są uczynne, stają się przedmiotem złego traktowania, okrucieństwa oraz przemocy fizycznej i psychicznej.

Katem jest zawsze mężczyzna i uważa, że ma do tego prawo; może to być mąż, teść, brat albo syn. Pomimo że istnieje stare prawo, które karze takie postawy, to w rzeczywistości jest bardzo rzadko aplikowane. Dlaczego? Kobiety bardzo rzadko denuncjują domową przemoc, gdyż boją się w konsekwencji kolejnych aktów przemocy i gwałtów ze strony stróżów porządku, których obowiązkiem jest obrona poszkodowanych.

Mimo że rozwód w Indiach jest legalny, zawsze pozostaje rozwiązaniem bardzo trudnym i ryzykownym: rodzina może się wyrzec swej córki, matka traci możliwość wychowywania swoich dzieci i jest wyrzucona ze społeczności, w której dotychczas żyła.


NADZIEJA  NA  ZMIANY

Jest jednak nadzieja, że sytuacja zmieni się na lepsze, dzięki zaangażowaniu organizacji feministycznych i humanitarnych. Dla przykładu Stowarzyszenie Karnika jest jednym z wielu, które walczą o zniesienie posagu dla kobiet w Indiach. Od 10 lat wolontariuszki zajmują się wiejskimi dziewczętami często nieumiejącymi czytać ani pisać, uświadamiając im godność osoby ludzkiej, niezależnie od tego, czy jest mężczyzną czy kobietą oraz podstawowe aspekty funkcjonowania ciała kobiety.

Droga do emancypacji kobiet jest długa i trudna, często kontrastująca z mentalnością i wielowiekowymi tradycjami, ale gdy sytuacja ukrywana przez wieki ujrzała w chwili obecnej światło dzienne, zarówno hinduskie kobiety, jak i kobiety na całym świecie, świadome swoich praw, mają nadzieję zdobyć pełną wolność osobistą z możliwością dokonywania wyborów i należnym szacunkiem dla wszystkich.



niedziela, 12 lutego 2012

NIEMAL WSZYSTKO NA TEMAT SNU

ZDROWY SEN

Nasze życie przebiega naturalnym rytmem złożonym z napięcia i odprężenia, czuwania i snu. Im pełniejsze jest odprężenie podczas snu, tym więcej zdobywamy sił do pracy.

Przy pracy umysłowej zużyte zostają, szczególnie w komórkach nerwowych, cenne substancje. Sen ogranicza świadomą aktywność – spostrzeganie, myślenie i wolę – i daje mózgowi czas, aby się zregenerował i nagromadził siły na nadchodzący dzień. Zmęczenie jest sygnałem, który nam mówi: w komórkach nagromadzil się kwas moczowy i kwas mlekowy. Daj organizmowi czas wydalić te trucizny powodujące zmęczenie. Kto przekracza granicę zmęczenia, „przemęcza się nadmiernie”, ten szkodzi swojemu zdrowiu.


Sen przedstawia szczególnie ważną „przerwę twórczą”. Nazywa się ją tak dlatego, ponieważ człowiek otrzymuje podczas niej nowe zasoby sił – jeżeli komórki ulegną zatruciu – i znowu może podjąć twórczą pracę. Bezsenność niszczy zdolność do pracy, natomiast poprzez zdrowy sen czlowiek „rodzi się na nowo” dla swojej działalności w czasie dnia. Potwierdzają to różne przysłowia, np. angielskie: ”Early to bed and early to rise, makes a man healthy, wealthy and wise”. – „Temu, kto wcześnie idzie spać i wcześnie wstaje, sen zdrowie, radość, bogactwo i mądrość daje.”


Każdy z nas potrzebuje pewnej ilości godzin snu. Z tego wynika, że dzisiejszy niedobór snu muszę uzupełnić w określonym czasie, jeżeli nie chcę doprowadzić mego organizmu do stanu wycieńczenia.Ogólnie rzecz biorąc – potrzeba snu zmniejsza się z wiekiem. Sen pojawia się już w końcu życia płodowego. Niemowlę przesypia większość doby, w wieku przedszkolnym sen trwa 12 godzin. Młody człowiek powinien spać 7 – 9 godzin, a w wieku 50 lat 5 – 7 godzin. Wczesne budzenie nad ranem  u osób w podeszłym wieku należy do zjawiska fizjologicznego i nie należy  je traktować jako przejaw zaburzeń snu.

Istnieją ludzie, którzy potrafią wypocząć w czasie krótkiego, ale głębokiego snu. Są to jednak wyjątki – np. Papież Jan Paweł II. Ogólnie obowiązuje reguła: kto śpi tylko pięć godzin zamiast siedmiu, ten następnego dnia zużyje więcej energii, aby wypełnić swoje pensum pracy. Proszę nigdy nie mówić: nie mam czasu na spanie. Jeżeli dzisiaj nie potrafimy wygospodarować koniecznego czasu dla odpoczynku, to własny organizm zmusi nas do nadrobienia zaległości we śnie, i to może nie w porę, ale właśnie w takim czasie, który będzie dla nas bardzo nieodpowiedni.

Nie jest prawdą, jakoby ludzie obywający się małą ilością snu mieli być szczególnie energicznymi. Edison, o którym się mówi, że mało spał, ucinał sobie podczas dnia drzemkę i w ten sposób jego organizm otrzymywał jednak odpowiednią dawkę snu.

Wzmożona aktywność w ciągu dnia zwiększa potrzebę snu i odwrotnie – warunki izolacji i bezczynności czynią sen krótszym i płytszym. Jednak bezsenność u ludzi zdrowych w dosłownym tego znaczeniu nie istnieje. Utrudnione zasypianie, częste przebudzenia i spłycenie snu są spowodowane zmartwieniami, kłótniami i troskami dnia powszedniego – innymi słowy negatywnymi przeżyciami emocjonalnymi, napięciami psychicznymi czy wręcz przeciążeniami,  z którymi kładziemy się do łóżka. Dobrze śpi ten, kto potrafi wyłączyć smutne wspomnienia o minionym dniu i troskę o nadchodzący dzień.

Na skutek braku snu niejeden dobry student przepadł przy egzaminie, kierowcy samochodowi mieli wypadki, mówcy gubili wątek myśli. W ogóle wiele „kraks” umysłowych da się wyjaśnić brakiem snu.

Śpijmy przy otwartym oknie. Także w zimie należy dbać o dopływ świeżego powietrza. Jeżeli jest za zimno, trzeba otworzyć okno w sąsiednim pomieszczeniu, by do pokoju dochodziło powietrze nieco ocieplone, ale świeże. Jeżeli panują silne mrozy, to przynajmniej przewietrzmy pokój przed zaśnięciem. Na spoczynek należy się udawać możliwie regularnie. Starajmy się ustalić własny rytm spania i budzenia się i utrzymujmy go stale. Unikajmy zbyt miękkiego łóżka, pierzyn, wysokich poduszek lub ciężkich nakryć. Jeżeli musimy pracowac na zmianę, postarajmy się wypracować swój własny, odpowiedni dla nas rytm aktywności i wypoczynku.


ZABURZENIA SNU

Okresowe zaburzenia snu mogą występować nawet u osób zdrowych w sytuacjach stresowych. Zaburzenia snu mogą pojawiać się jako: bezsenność – przeważnie częściowa, nadmierna senność lub tak zwana inwersja snu – odwrócenie cyklu snu i czuwania; bezsenność w nocy, sen w ciągu dnia.


Bezsenność może występować jako:

Zaburzenie usypiania i może pojawiać się u osób zdrowych w stanach dużego napięcia emocjonalnego, po nadużyciu kawy czy herbaty. W nerwicach i depresjach, zwłaszcza w nerwicy lękowej, nierzadko idzie w parze z obawą przed zaśnięciem.

Zaburzenie snu nocnego w postaci budzenia się w nocy i ponownego zasypiania lub sen płytki.. Wtedy możemy odnosić wrażenie, że całą noc nie przespaliśmy.

Wczesne budzenie się – wyraża się w niemożności ponownego zaśnięcia po przedwczesnym obudzeniu się (zwykle nad ranem). Może występować w depresjach idących w parze ze znacznymi zaburzeniami nastroju  po obudzeniu się (jak przestrzegają psychiatrzy, takie wczesne budzenie nad ranem stanowić wtedy może okres maksymalnego zagrożenia ryzykiem samobójstwa).
Wczesne budzenie się nad ranem  u osób w podeszłym wieku należy do zjawiska fizjologicznego i należy  je traktować jako coś normalnego.

Bezsenność całkowita (prawdziwa) – rzadko występuje. Może pojawiać się w  ostrych zatruciach a także w przebiegu alkoholizmu i narkomanii. Z powodu zupełnego braku snu mogą wtedy wystąpić stany majaczeniowe.

Natomiast jeżeli chodzi o nadmierną senność, to występuje ona w okresach rekonwalescencji,  w stanach przemęczenia, w niektórych depresjach i nerwicach, w związku z przyjmowaniem niektórych leków (nie poruszam tutaj tematu tak zwanej senności napadowej, której przyczyny mogą być całkiem inne).

Wreszcie wspomniana powyżej inwersja snu, czyli odwrócenie cyklu snu i czuwania – bezsenność w nocy, sen w ciągu dnia, występuje w niektórych uzależnieniach.

Jeżeli zaburzenia snu, o których tu mowa, występują przez dłuższy okres czasu, należy zasięgnąć porady lekarza.